N
a zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z co nieco rozmazanym makijażem. Takie słodkie kociaki oglądało się na okładkach ilustrowanych magazynów. Przeszło mu przez myśl, że najlepiej prezentowały się na tle luksusowych wozów. Dziewczyna wyglądała na prostytutkę, biorąc pod uwagę jej skąpe jaskrawe ciuchy — ale jeśli w istocie robiła w tej branży, to z takim seksapilem była warta krocie. Mogła mieć góra dwadzieścia dwa lata. Nawet po śmierci była piękna. Obnażone bosko zgrabne nogi wywoływały niedwuznaczne skojarzenia. Dla platynowych blondynek w jej typie nadziani faceci w podeszłym wieku szybko tracili głowy i ciągnęli do nich jak głupie ćmy do płomienia świecy. Szli jak w dym.
— Wszystko kręci się po staremu — mruknął pod nosem, spoglądając na zegarek. — Co za świat? Ohyda. Hej, masz ochotę na kolację ze śniadaniem? Czemu nie? Jeśli jesteś przy szmalu... — A przecież mogłaby taka mieć męża i dzieci.
Z niezwykłym okrucieństwem podcięto jej gardło ostrym narzędziem, ani chybi brzytwą. Tę zakrwawioną znaleźli wkrótce chłopcy z ekipy w sąsiednim wąskim przetoku między ścianami kamienic w metalowym pojemniku na śmiecie. Sprawca z pewnością usunął ślady linii papilarnych, chyba, że nie miał poukładane w głowie.
Ponętna młódka trudniła się w ulokowanym przy głównej ulicy klubie nocnym z mało rzucającym się w oczy wejściem — i to udało się od ręki ustalić. Zeznał tak jeden z gapiów, którzy mimo wczesnej pory powolutku się gromadzili, przyciągnięci widokiem niuchających gliniarzy. Ten akurat był dość dobrze zorientowany, bo pracował w ochronie pobliskiego supermarketu. Pamiętał wszystkich stałych klientów, a sprzątnięta laska zaglądała tam prawie codziennie. Znał nawet jej ksywę. Był to pierwszy wyraźny trop i pomyślał, że z mety wybierze się do jaskini rozpusty, by dowiedzieć się czegoś więcej. Intuicja go nie myliła i okazało się, że jeszcze tam jest otwarte.
Genesis nie miała alfonsa. Tam zeznał łysawy barman, który mimo tego, że zbliżał się ranek, kręcił się wciąż po klubie. Kończył wymieniać spalone żarówki. Twarz miał zmęczoną i było widać, że chce czym prędzej przyłożyć głowę do poduszki. Zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że dziewczyna nie żyje. Dla pewności komisarz mu ją dokładnie opisał. Wieczorami tańczyła, robiąc striptiz, a po północy umawiała się na ciąg dalszy, jeżeli palił się na to jakiś chętny. Różnie to bywało i zazwyczaj kończyło się w pobliskim hoteliku, gdzie miała wynajęty pokój. Widywano ją w towarzystwie starszego starannie ubranego i zamożnego mężczyzny, który kazał się tytułować hrabią, a także w asyście czterdziestokilkuletniego kupca z Dzielnicy Łacińskiej. Ostatnio uderzał też do niej obiecujący rzeźbiarz artysta. Ten był najmłodszym z jej gachów. Barman znał ich nazwiska oraz adresy i bez oporów udostępnił je gliniarzowi. Pewnie dla jego firmy nie była to wielka strata. Striptizerki przychodziły i odchodziły. W tej branży należało pamiętać o rotacji, liczyć się z przykrymi zajściami, no i dbać o dobre stosunki z policją.
— Danse macabre — szepnął komisarz, nieruchomiejąc za kierownicą wysłużonego wozu. Założył miękkie skórzane rękawiczki. Była pełna życia, śmiejąca się i z ikrą, pewnie z planami na przyszłość, dopóki nie znalazła się w upiornym tanecznym korowodzie ze wstrętnym chichoczącym kościotrupem na czele. Podły los nie szczędził razów i każdego to czekało, ale przecież nie należało się z tym spieszyć. A już tym bardziej z paranoiczną gorliwością dopomagać przeznaczeniu. Ruszył z miejsca, uzmysławiając sobie, że bardzo mu zależy na tym, żeby znaleźć zwyrodnialca, który tę śliczną młódkę wysłał na tamten świat.
Hrabia był wyniosły i nieomal lodowaty. Spoglądał na komisarza z majestatycznym spokojem. Przyjął go w kwiecistym męskim szlafroku w wyłożonym perskimi dywanami wielkim salonie z meblami w stylu empire. Zaczesane do tyłu szpakowate włosy podkreślały wysokie czoło.
— Genesis? — zmarszczył brwi, bijąc się z myślami. Szukał natchnienia. Dobre pół minuty trzymał wypielęgnowaną dłoń na słuchawce aparatu telefonicznego w geście, który kazał się domyślać, że za chwilę wybierze numer gabinetu ministra spraw wewnętrznych lub innej równie ustosunkowanej osobistości, a wreszcie się skrzywił, ostatecznie uwalniając się od wątpliwości. — Genesis — powtórzył z rozmysłem. Rozparł się w fotelu i potwierdził, że zna tancerkę. Wykoncypował, że nie ma powodów, aby się jej wypierać. Dodał, że nie żywi do niej głębszych uczuć. — To przelotna znajomość — oznajmił z opanowaniem. I zaraz z niepokojem zapytał: — Chyba niczego nie ukradła? — A widząc zdumienie w oczach komisarza, dorzucił, jakby się usprawiedliwiając: — Efektowna, to jasne, ale ma przewrócone w głowie. Jest zafascynowana arystokracją, jednak nie znajdzie się w wyższych sferach ze swoją reputacją. Gubią ją wyniesione z półświatka fatalne nawyki — gorzko podsumował. — Dziecię marginesu...
— Niestety, to dziecię nie żyje. Zwłoki odkryto dzisiaj nad ranem — rzucił z dojmującym chłodem, nie spuszczając z tamtego wzroku.
Dźgnięcie było celne. Hrabiemu nie drgnął żaden muskuł, potrafił się doskonale maskować, lecz przed doświadczonym gliną nie umiał ukryć tego, co działo się w jego duszy. Chyba nikt nigdy nie zadał mu silniejszego ciosu. Można było odnieść wrażenie, że właśnie przegrał w ruletkę wszystko, co miał. Calutki majątek. Nie. Po prostu stracił najbliższą sercu osobę.
Komisarz chwilę siedział w kłopotliwym milczeniu, po czym z atencją się podniósł, szykując się do wyjścia. Niepewnie podniósł oczy. Jego nos mówił mu, że rozmówca nie może mu pomóc w śledztwie. Zresztą tamten chciał zostać sam.
— Czy miała rodzinę? — zapytał prawie na obchodne.
— Nie.
— Można zatem liczyć, że... — zawiesił na moment głos.
— Tak — tamten wiedział, o co mu chodzi. — Podejmę się identyfikacji — wychrypiał. Zestarzał się nagle o kilka lat. — Proszę tylko powiedzieć, kiedy i gdzie.
Pożegnali się prawie bez słowa. Żałował, że musiał się wcielić w rolę zwiastuna złych nowin. Zstępował po szerokich schodach z uporczywą myślą, że okazał się mało taktowny, bo przeoczył należne kondolencje. W tym przepięknie położonym pałacyku właśnie umarł ktoś z niby-rodziny. Ale straszliwie zakpiłby sobie z hrabiego, gdyby próbował mu je złożyć.
— Szlag by to trafił! — warknął, gdy zasiadł za kierownicą.
Sięgnął po paczkę papierosów. Zapalił jednego, wydmuchując kłęby dymu. Współczuł tamtemu. Należało go dawno temu przestrzec. Facet nie powinien był pochopnie otwierać serca przed panienką lekkich obyczajów — choćby nie wiadomo jak się kleiła i choćby nie wiadomo jak rozpaczliwie szukała w nim ojca, którego los poskąpił jej w dzieciństwie. Ale na cenne rady było za późno. Ruszył z miejsca z zasępionym obliczem. Sam przed laty popełnił podobny błąd. Nieźle się naciął i pewnie dlatego został starym kawalerem. Za dobrze go rozumiał.
O
tyły kupiec był wrednym typem, co od razu wpadło komisarzowi w oczy, przynosząc mu niejaką ulgę. Taki gruboskórny palant nie cierpiał z powodu kurewek, które żegnały się z tym światem. I na tym polegała jego przewaga nad starszym od niego nieuleczalnym romantykiem, który w samotności lizał teraz rany.
— Genesis jest łasa na szmal — miękko objaśniał komisarzowi, gdy ten zjawił się na zapleczu sklepu z konfekcją. Omal nie mruczał jak kot i nie ocierał się pieszczotliwie o glinę. — Dla forsy jest gotowa na wszystko. Mimo to — moim skromnym zdaniem — ma gołębie serce — konfidencjonalnie dzielił się z nim posiadaną wiedzą, markując opiekuńczość i życzliwość, ale było widać, że łże jak pies. Miał głęboko w dupie tę striptizerkę. Tyle dla niego znaczyła, co manekin w witrynie. — To dobra dziewczyna, ale zepsuta przez środowisko. Gdyby tak poszła na studia... — cmoknął w pewnej chwili, doprowadzając do absurdu swój kłamliwy wywód. — Na przykład na Sorbonę? — Na pewno nie dałby na to ani centa.
Komisarzowi przeszło przez myśl, że drań najwyraźniej nie zapłacił jej za kilka ostatnich nocy i główkuje, jak się z tego wywinąć. I pewnie korci go, by podłapać chętną studentkę z długimi nogami.
— Ach, tak? — nieznacznie się zdziwił. — Biedaczka nie żyje — powiedział.
— Co? Słodka Genesis nie żyje? — tamten zrobił wielkie oczy, skupiając wzrok na gliniarzu i nieruchomiejąc na dłuższą chwilę. — W głowie się nie mieści — wymamrotał z niesamowitym zdumieniem. — I pomyśleć — palnął bez namysłu — że widziałem się z nią jeszcze przedwczoraj...
Wydawało się komisarzowi, że kupiec z ulgą odetchnął. Wiadomo, zmarli nie upominali się o gotówkę. Nie pytał go o alibi, bo uznał, że nie warto.
Trzeci z kandydatów na mordercę mieszkał w Montmartre. W drodze komisarz połączył się z prosektorium, by porozmawiać z lekarzem, a jego pierwsze niejasne domysły się potwierdziły. Miało się to oko. Zgon nastąpił około drugiej w nocy. Nie było oznak gwałtu. Morderca przewiózł zwłoki i porzucił je w pobliżu klubu. Zupełna amatorszczyzna. Widocznie liczył na to, że im dalej znajdą się od miejsca zbrodni, tym będzie dla niego bezpieczniej. Gdyby miał więcej oleju w głowie, postarałby się o to, żeby ciało znikło bez śladu.
— Złudne nadzieje! — mruknął, przyspieszając. Przez chwilę czuł się tak, jakby był bohaterem komiksów w stylu "A prendre avec des gants". Potem już tylko rozglądał się za miejscem do parkowania.
Rzeźbiarz przyjął komisarza w obszernym atelier w otoczeniu posągów i popiersi. Jego dziełka nie należały do okrzyczanych, ale zdobył już sobie markę dobrze zapowiadającego się artysty, którego kłopoty finansowe nie będą się imać. Szczupły i wysoki, miał długie rozczesane na środku głowy włosy i krótko przyciętą bródkę. Do obcisłych dżinsów założył żółtą koszulę.
— Genesis? — dłonie tamtego nie przypominały rak kamieniarza i trudno je było sobie wyobrazić z zakrwawioną brzytwą. — Spotykałem się z nią, to prawda — spokojnie objaśniał, bawiąc się niewielkim dłutem. — To rzadkość w tej branży. Żadna tam przypadkowa z ulicy. Była małą cudowną istotą, wprost stworzoną do miłości. Zarazem niewinnym aniołem i groźną nieobliczalną panterą. Zaraz, zaraz, kiedy ją ostatnio widziałem? — usiłował sobie przypomnieć. — Pewnie ze trzy dni temu... A co się stało?
Glina wrócił do komisariatu. Zgodnie z telefonicznym poleceniem, Filip niuchał już za podejrzanymi w archiwach policyjnych.
— To robota hrabiego de la Potterie — zaczął bez ogródek, gdy tylko ujrzał komisarza. — Przed kilku laty był już zamieszany w śmierć prostytutki, ale śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Cóż, należy do elity i ma swoje dojścia do...
— Nie, to nie on... — przerwał mu szef, kwitując jego sugestię skrzywieniem ust i wymownym ruchem ręki. — Nie uwierzysz, ale poszlaki wskazują na tego artystę... — zadumał się, gryząc się z myślami. — Co? — zapytał, widząc zdumienie w jego oczach. — Aha! Dlaczego? — wstydliwie odchrząknął. — Presumpcja jest z rzędu tych, których się nie poważa — i pewnie każdy sędzia wyśmiałby mnie, gdybym próbował powoływać się na coś takiego. To dobre w tanich kryminałach. Tylko ten łajdak mówił o niej w czasie przeszłym — wydusił z siebie, omal się przy tym nie rumieniąc. Wyciągnął chusteczki higieniczne, by przetrzeć sobie nos. — W passé composé... — po chwili dorzucił.
Tamten zerknął z żalem na papiery, nad których zgromadzeniem siedział przeszło godzinę. Gorliwość nie popłacała. Przynajmniej nie w policji. Przyłożył się do zbędnej pracy.
— Wiedział, skurwiel, że jego laska nie żyje... — rzekł w zamyśleniu, jakąś częścią swego ja godząc się z wywodem szefa, którego zdanie sobie cenił. Marzył o tym, żeby mu z czasem dorównać. Inna nadal niezłomnie broniła hipotezy o winie hrabiego.
— A co z nakazem rewizji w jej mieszkaniu? — ocknął się Delorme.
Filip zerknął na zegarek.
— Będziemy go mieć za jakąś godzinę — odpowiedział.
— Ufff, chwila przerwy — odetchnął, zaglądając do swojego portfela i sprawdzając, czy ma karty kredytowe. — W takim razie rób kawę, a potem wyrwiemy się na śniadanko — zadecydował. — Do naszego bistra. A w międzyczasie przejrzę te papiery — odkaszlnął w dłoń, rozsiadając się za biurkiem. Trochę zmarzł z samego rana i teraz to z niego wychodziło. — Mówisz, że ten hrabia ma już na swoim koncie podobny numer? — zaciekawił się utytułowanym seniorem.
Tamten przytaknął, podając mu teczkę, a komisarz otworzył ją i zagłębił się w lekturę wycinków prasowych sprzed lat. Wertował je kilka minut.
— Czy on przypadkiem nie był... powiązany ze służbami specjalnymi? — rzucił niby to incydentalne pytanie, podnosząc wzrok i rozglądając się, ale nikt mu nie raczył odpowiedzieć. Filip bowiem utknął przy ekspresie do kawy. Pewno podrywał łobuz sekretarkę, bo dotarły do jego uszu śmichy-chichy i strzępy urywanej rozmowy. — Ech, te lata dziewięćdziesiąte... — z namysłem pokiwał głową, zagłębiając się w kolejne dokumenty. Obejrzał fotki tamtej prostytutki. — Czarno-białe! — skrzywił się, wpatrując się w jej lekko zamazane oblicze. — Nie, nie była podobna do Genesis — rozsądził z odrobiną zawodu. Potem podparł się łokciami i oddał medytacjom, pozwalając myślom biec w tę stronę, w którą chcą. Skrycie główkował nad tym, czy nie powinien za kilka dni wskoczyć w czarny garnitur i wylądować na pogrzebie tej ukatrupionej lali.
Dźwięk telefonu wdarł się w ciszę. Dobijano się do niego z prosektorium. Z minutę rozmawiał półgłosem, a potem odłożył słuchawkę.
— Coś nie tak z tą tancereczką — niefrasobliwie rzucił do swego zastępcy, gdy ten wreszcie wrócił, stawiając przed nim filiżankę parującej kawy. — Stary Marc wziął ją pod mikroskop. Twierdził, że jej komórki nie są martwe. Już nawet wysłał próbki do centralnego laboratorium. Musimy tam wdepnąć, gdy tylko uporamy się z jej mieszkaniem. Ma coś, co mu się nie mieści w głowie i chciałby się z nami tym podzielić.
K
onsjerżka podejrzliwie im się przyglądała. Taksowała ich wzrokiem jak intruzów. W tej nijakiej pracy szybko obrastało się sadłem. Była roztyłą blondyną około pięćdziesiątki ze znaczącymi się na twarzy resztkami dawnej urody. Przesadzała z makijażem.
— Na pewno z policji?
Przytaknęli. Rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w trzymane przed nią legitymacje. Za nią na pokrytej tapetą w kwiaty ścianie wisiały jakieś dyplomy.
— Zwędziła coś? — zapytała z babską dociekliwością.
Filip z cicha się roześmiał, ale zaraz spoważniał skarcony spojrzeniem szefa.
— Nie, nie żyje! — sucho odrzekł komisarz.
Tamta nie ruszyła się zza kontuaru. Jeszcze raz ich zlustrowała wzrokiem, w którym kryło się niedowierzanie.
— Ależ panowie, co też opowiadacie — obruszyła się. — Jak możecie wciskać ludziom takie brednie? Wyszła z mieszkania przed pięcioma minutami. Przecież nie mam bielma na oczach... — wyrzuciła z siebie z oburzeniem.
Zabiła im ćwieka tym wyznaniem.
— Nie myli się pani? — komisarz uniósł brwi. — To była ona? Nikt inny? Nie miała siostry bliźniaczki? Sobowtóra? — usiłował się dopytać.
— A za kogóż mnie macie? — konsjerżka poczuła się dotknięta do żywego. — Kpi pan sobie, monsieur, czy co? — zamilkła na chwilę, nie spuszczając z nich wzroku. Wykoncypowała, że wprawiła ich w zakłopotanie i to ją uspokoiło. Miała przewagę nad tymi patałachami z policji. Łowili ryby w mętnej wodzie. Brali szmal, a nie potrafili powiedzieć, ile jest dwa razy dwa. — Nie nocowała tu, tego się domyślam — nabrała tchu i pociągnęła ten wątek. — Przyjechała taksówką jakieś dwadzieścia minut temu, zapłaciła i wysiadła — zaczęła dzielić się tym, co widziała. — Nawet zapamiętałam numer. Była w dziwnych łachach — owinięta popielatym męskim prochowcem, o wiele za nią za dużym. Schowała do kieszeni męski portfel. Podwinęła sobie rękawy. Człapała w takich śmiesznych gumowych butach, jakie noszą w rzeźniach. Coś się musiało okropnego wydarzyć, bo zawsze była taka zadbana. I chyba pod spodem nie miała halki ani desu, nie mówiąc o biustonoszu. Spieszyła się, nerwowo pobiegła do windy, a zwykle przymilnie mówi mi "dzień dobry". Nigdy o tym nie zapomina. Była u siebie góra kwadrans, mieszka na pierwszym piętrze, w lot się przebrała i zjechała z powrotem. Włożyła gustowny czerwony kostium. Targała ze sobą torbę podróżną. Wrzuciła ją do bagażnika swojego citroena, który stał tu od dwóch dni i szybko odjechała. Chyba bardzo jej się spieszyło...
Komisarza zamurowało na amen.
— Cholera, nie powinniśmy byli tak długo siedzieć w tym bistro, zachciało się nam rozkoszy porannej prasówki — mruknął, intensywnie główkując. — A ten prochowiec? — zapytał. — Nie miał przypadkiem mocno naderwanej lewej kieszeni?
Konsjerżka przytaknęła.
— Nie wiem, czy akurat lewej, ale wpadło mi w oczy, ze jedna kieszeń ledwo się trzymała. Była na agrafce.
Komisarz zagulgotał jak indor. Jego twarz stała się czerwona.
— Pędzimy do prosektorium — raptem wychrypiał. — Do diaska, ona była w okryciu Marca. I pewnie w jego gumowcach — śpiesznie wytłumaczył się przed Filipem. — Proszę nikogo nie wpuszczać do jej mieszkania — krzyknął do konsjerżki. — A i samemu tam nie wchodzić. Jeszcze tu wrócimy!
Wskoczył do samochodu tak energicznie, jakby mu nagle ubyło lat. Zapaliły mu się oczy.
— Wystaw koguta, pędzimy na sygnale. I dzwoń do Robala. Niech migiem kogoś tam wyśle, żeby sprawdził, co się stało. To jakaś paranoja!