Kolory szablonu:

Część druga

N

a znieruchomiałej w przedśmiertnym skurczu twarzy Marca rysowało się koszmarne przerażenie. Nienaturalnie zwinięte zwłoki leżały wciśnięte w kąt między szafkami z narzędziami.

— Niech pan popatrzy! — Filip pokazał komisarzowi otwór w skroniach, wielkości monety. — "To" chyba wyssało mu płaty czołowe — rzekł domyślnie, chcąc pochwalić się przenikliwością. — I pewnie wcześniej przetrąciło kręgosłup.

Delorme pochylił się nad tym, co zostało z zaprzyjaźnionego patologa.

— Do diaska, za kilka miesięcy miał przejść na emeryturę — wystękał z niekłamanym żalem. — A teraz pokroją go tak, jak innych kroił.

Błyskał policyjny flesz.

— Hej, zobacz! — Robal osobiście się pofatygował do prosektorium, by obejrzeć tę krwawą jatkę. — Dyktafon się ostał.

— No i co? — komisarz się odwrócił, a potem zrobił dwa ostrożne kroki do przodu i zajął inne miejsce, nie chcąc stać plecami do zmarłego przyjaciela.

Tamten uruchomił urządzenie. Twarz miał taką, jakby go ktoś oblał środkiem żrącym i pewnie stąd to przezwisko, które przylgnęło do niego przed laty. Nikt nie pytał, co ten dobry glina robił w młodości, bo pewnie nie usłyszałby prawdy.

— Wszystko się nagrało. Posłuchaj!

Stary Marc zdawał beznamiętną relację z przebiegu podejmowanych czynności. "Temperatura zwłok się podniosła. Ten wirus, czy co to tam jest, powoduje, że organy denatki nadal wydają się być żywe. Osłuchuję jej serce. — Przez jakiś czas nie było nic słychać, chociaż taśma się przesuwała. — Jest, jest, jedno słabe uderzenie na minutę! — ożywił się Marc. — Skóra się lekko zaróżowiła — opisywał. — Czyżby ta mała miała zamiar powrócić do życia? W głowie się nie mieści! Jeszcze takiego przypadku nie miałem w karierze. Krew w ranie na szyi wypłynęła, zmieniła kolor na świeży i wydaje się... eee... bulgotać. Ślad po cięciu brzytwą powoli zanika. Przyspieszona regeneracja. O, nie, nie uciekaj, królewno! — raptownie rzucił do zwłok. — To się potem skasuje — sucho zawyrokował, widocznie nie chcąc, by pozostała na taśmie ta bezprzykładna odzywka. — Ponowna gwałtowna utrata czynności życiowych... — ciągnął już dalej spokojnie. — Ona dopiero teraz umiera — dodał z bólem. — Ciało kurczy się, kruszy i ciemnieje, jakby w piorunującym tempie ulegało rozkładowi i wysychało. Zamienia się w coś, co przypomina... eee... mumię egipską. Taką, jakie można obejrzeć w Luwrze. Czaszka przekręciła się na bok. Co? Pochylam się nad zwłokami. Niemożliwe! Jezu, omyliłem się. Denatka nadal żyje. Otwiera oczy — jego relacja raptem przeszła w pełen lęku dramatyczny szept. — Ten potwór spogląda na mnie. Ciężko się podnosi. Żółte ślepia... Nieee!" — rozpaczliwie rozdarł się stary Marc, przerywając relację. Było słychać odgłosy krótkiej szamotaniny, stukot przewracającego się stołu i walących się z hukiem na posadzkę metalowych narzędzi. Zawyła na moment elektryczna piła do cięcia kości. Ukoronowaniem był krótki zduszony ryk dzikiego zwierzęcia, a nastepnie trwające dobre trzy minuty osobliwe mlaskanie.

— Potem już nic nie ma — oznajmił Robal. — Już raz to przesłuchałem — zdradził, delikatnie odkładając wyłączony dyktafon. Trzymał go w rękach przez chusteczkę.

Komisarz otarł pot z czoła. Czuł się rozpalony, chociaż w prosektorium panował chłód.

— Co to było? — wpatrzył się z przerażeniem w swojego szefa. — Przecież Marc nie mógł zwariować.

Tamten uciekł wzrokiem gdzieś w górę. Zainteresowała go geografia plam na suficie. Nie odpowiedział.

— Więc mówisz, że ta konsjerżka widziała ją żywą? — przerwał wreszcie ciszę.

Delorme odkaszlnął i przytaknął.

— Rzuciłem z przyzwyczajenia okiem na to, co miałeś na biurku. I chyba dobrze zrobiłem. Kiedy tu przyjechałem, dotarł do mnie kolejny meldunek. Ten twój artysta rzeźbiarz nie żyje. Rewelacja! Zatelefonowała jego sprzątaczka. Gdy wchodziła, sprzed jego pracowni odjeżdżała zielonym wozem jakaś młoda kobieta w czerwonym kostiumie. Masz jakieś skojarzenia?

Delorme wyjął papierosa.

— Tu nie wolno palić! — parsknęła oschła trzydziestoletnia brunetka, ze znawstwem oglądająca zwłoki Marca. Brakującego patologa ściągnięto w piorunującym tempie z centralnego laboratorium.

— Wyjdziemy na świeże powietrze — stanął w jego obronie Robal.

Przed wejściem komisarz zapalił i zaciągnął się, wydmuchując z rozkoszą kłęby dymu.

— Wygląda na to, że ta Genesis zmartwychwstała — stwierdził — pojechała do mieszkania się przebrać, a potem zatłukła faceta, który wczoraj poderżnął jej gardło... Uwierzyłbyś w to?

— Nie — odpowiedział Robal po chwili zastanowienia. — Nie uwierzyłbym. W naszej robocie nie możemy się zasłaniać upiorami Luwru. Przecież nikomu nie powiesz, że to Belphegor w damskim wydaniu. Musi być bardziej racjonalne wytłumaczenie.

Nie wyłuszczył, jakiego konkretnie się spodziewa, bo zadzwonił mu w kieszeni telefon. Odebrał, chwilę słuchał, a potem odrzekł zrezygnowanym głosem:

— Ma się rozumieć, jeśli inaczej nie można...

— Coś nowego? — z zaciekawieniem zapytał go Delorme, gdy ten schował komórkę.

— Taaa... — jego szef chwilę milczał. — Już nie prowadzimy tej sprawy — w zaufaniu zdradził komisarzowi, krzywiąc się z niechęcią. — Właśnie mi to oznajmiono. Przejmuje ją jakaś specjalna komórka Interpolu. I ktoś z NASA. Od tej prostytutki mamy się teraz trzymać z daleka.

Stali i patrzyli. Wyglądali tak, jakby ktoś ich wypatroszył. Fotograf właśnie wyszedł, ładując aparat z lampą błyskową do swojego bmw, więc pewnie robota ekipy zmierzała ku końcowi. Miał na sobie zgrabną króciutką kurteczkę ze ściągaczami. Takie podobały się komisarzowi, nawet kiedyś jedną mierzył w jakimś sklepie, ale był za tęgi, by coś takiego nosić. Musiałby pozbyć się tuszy.

— Coś mi zaczyna świtać w głowie... — rzucił naraz Delorme z rękami w kieszeni. Wcześniej rozgniótł czubkiem buta tlącego się peta.

Tamten dziwnie mu się przypatrywał. Jego lewa brew niebezpiecznie powędrowała w górę, widomy znak, że jest wkurzony. Coś mu leżało na wątrobie.

— To horror, trafiliśmy na jakiegoś popieprzonego mutanta — zachrypiał. — Chociaż tacy nie istnieją. — Czuł się ośmieszony. — A może na... wynaturzonego kosmitę — przełamał się i wyrzucił z siebie to, co go gryzło.

Komisarz wzgardliwie wzruszył ramionami. Skrycie się ucieszył, że Robal to głośno powiedział.

— A cóż innego, jeśli grzebie w tym NASA? — potwierdził. — Takie rzeczy się zdarzają, nie łam się. No i właśnie przypadkiem na nas padło... — usiłował podnieść go na duchu. — Pechowe szczęście.

28 stycznia 2005 r.


B

yła szczuplutką brunetką o wąskich biodrach i wydatnych piersiach. Gdyby nie ten czarny służbowy kostium i przyciemnione okulary à la FBI, można by od biedy przyjąć, że jest słodką lalą z reklam telewizyjnych. Sekundował jej chudy jak szczapa rudy chłopak, przypominający raczej studenta jednej z renomowanych amerykańskich uczelni niż agenta tajnych służb, a widząc ich Jean Delorme uczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca. Pomyślał, że zatrudniają teraz coraz młodszych — zdolnych, błyskotliwych, świetnie przygotowanych i błyskawicznie się dostosowujących do każdej zaskakującej sytuacji. Przy nich starsi, z garniturem sztywnych nawyków i przyzwyczajeń sprzed lat, z kretesem przegrywali. Zasługiwali na miano dinozaurów.

Zdjęła te okularki przeciwsłoneczne i uśmiechnęła się do niego. Poczuł się odrobinę lepiej. "Zero zadufania. Bezpośredniość i szczerość" — skwapliwie odnotował w duchu. Na pewno nie ocierali się na co dzień o tych wyższych rangą funkcjonariuszy wywiadu, którzy starali się zwykle wywołać wrażenie, że są wszystkowiedzący.

— Może przejdziemy na ty? — zaproponowała. Zachowywała się jak nastolatka, witająca nowego kolegę z college'u. I zaraz ciepło dodała: — Mów mi Betty.

Jej kumpel podał mu rękę na powitanie.

— Hej, mam na imię Robert — powiedział. Włosy miał króciutko przystrzyżone.

Nie próbowali siadać. Rudzielec leniwie oparł się o ścianę, wyglądając przez okno, a ta młodziutka lala zakręciła okularkami. Byli jak koty. Nie zanosiło się na dłuższe przesłuchanie.

— Wiesz, gdzie ona teraz jest? — zapytała.

— Nie — pokręcił przecząco głową.

— Zostawiła swojego citroena na parkingu przy Gare du Nord. Kupiła bilet do Warszawy, płacąc swoją kartą kredytową. Mało rozsądnie — skomentowała jej nagłą decyzję.

— Zdejmiecie ją? — rzucił domyślnie.

Skrzywiła się.

— Nie teraz — odrzekła. — Nasi poprzednicy, którzy próbowali w Kalifornii takich metod, już nie żyją. Nie chcemy powtarzać ich katastrofalnych błędów. A poza tym może w pociągu zmienić tożsamość. A więc wedrzeć się w ciało innej pasażerki. Trudno będzie ustalić od ręki, w czyje. Szczerze mówiąc, wcale nie jesteśmy pewni, czy nadal jest tą samą Genesis, której zwłoki oglądałeś. Tym pociągiem jedzie obecnie... 56 osób, tak pasażerów jak obsługi. Lecący nad nim śmigłowiec wyłowił dokładnie tyle śladów na podczerwieni. Już za kilka minut dwóch naszych agentów wsiądzie do tego składu i po cichu sfotografuje wszystkich po kolei. Nasi ludzie błyskawicznie skatalogują te dane. To na wypadek, gdyby nam się wymknęła.

— To nie ma na nią mocnych?

— Czemu? Są sposoby — nieco ironicznie wtrącił studencik. — Możemy odstawić ten pociąg na boczny tor, wykończyć migiem wszystkich środkiem chemicznym, zgarnąć trupy do zamkniętego wojskowego prosektorium i poczekać, aż któryś zacznie się ruszać i wstawać. Zresztą, to wyszłoby wcześniej z próbek krwi. A winę zawsze można zrzucić na terrorystów... — zakończył pewny siebie.

Betty przytaknęła, a widząc z nagła pobladłą twarz komisarza, dodała:

— Nie dziw się, mamy takie uprawnienia.

To nie była błazenada. Utknął w tym po uszy. Ten smarkacz naprawdę go nastraszył.

— Mogę zapalić? — odważył się zapytać z miną skazańca.

Zachęcająco kiwnęła głową.

— Pal, jesteś u siebie. — Poczekała, aż zaciągnie się dymem. — Widzisz, nie o to nam chodzi. Czy zastanawiałeś się nad tym, dlaczego ona wybrała właśnie Warszawę?

Zachłysnął się i wydawało się, że za chwilę się udławi. Nad wyraz szybko kojarzył.

— Faktycznie, można rzec, że... jestem Polakiem — wychrypiał. Ależ go nakryli? — Moi rodzice dotarli na północ z armią generała Maczka, potem zostali na Zachodzie. Po śmierci ojca matka wyszła ponownie za mąż za Francuza. Stąd to nazwisko. Mam je po ojczymie. Sądzicie, że to mój wpływ?

Przytaknęła.

— Silnie reaguje na związki emocjonalne. To rodzaj empatii. Udzielają się jej oczekiwania najbliższego otoczenia. Twoi starzy wywodzą się z Warszawy?

— Tak — potwierdził. — Przed wojną mieszkali na Starym Mieście.

— Zatem pewnie tam się zatrzyma.

— Instynktownie szuka rodziców? — miał chwilę olśnienia.

— Dokładnie! — wyraziła wzrokiem swój podziw dla niego.

— Stary Marc też był Polakiem — usiłował nieudolnie usunąć się w cień. — Czy jego influencje nie były silniejsze? Ona chyba wyssała mu mózg.

Betty szeroko się roześmiała, odsłaniając piękne białe zęby, a w jej policzkach pojawiły się śmieszne dołeczki. Stojący za nią rudzielec też słaniał się ze śmiechu. "Co za popieprzeni gówniarze!" — przeszło mu przez myśl.

Oparła się dłońmi o jego biurko.

— Ta rasa w ten sposób nie zdobywa sobie informacji — wyprowadziła go z błędu. — Sondowanie mózgu pokonanego przeciwnika jest przypuszczalnie archaicznym obrzędem, rodzajem zabiegu rytualnego i chyba niczemu praktycznemu nie służy. A gdyby ten patolog tak na nią działał, jak sądzisz, wybrałaby się raczej za Atlantyk. Jego rodzice wychowywali się w Chicago.

— To czego właściwie ode mnie oczekujecie? — zapytał z duszą na ramieniu, nieco przy tym wyprowadzony z równowagi. Wyczuł, że nie mają ochoty go sprzątnąć. Raczej czekały go dożywotnie galery.

Betty spojrzała znacząco na swego partnera, a on na nią.

— Wywarłeś na nią silny wpływ — rzekła. — Podświadomie ci zaufała. I jakoś uległa. Chcemy, żebyś pojechał za nią do Polski i nawiązał z nią kontakt. Bez względu na to, czy zmieni tożsamość, czy nie.

Zrobił wielkie oczy.

— Moi? A Varsovie? Impossible!

— Ty — potwierdziła. — Nic cię tu nie trzyma. Nie masz żony, ani dzieci — dorzuciła. Znowu obejrzała się na Roberta. — Wsiądziesz do pociągu w Berlinie. Masz wystarczająco dużo czasu, żeby się przygotować.

2 lutego 2005 r.


R

uszył o 17. 55 i z ulgą odetchnęła, żegnając Paryż. Nie zamierzała wracać nad Sekwanę. Korpulentny konduktor, który przytoczył się w niespełna kwadrans, nie na żarty ją wkurzył. Darł mordę, że ma nieważny bilet, bo nie wetknęła go przed wejściem do kasownika na peronie. "Composteur! Vous ne savez pas?" — uparł się, prostak i cham. Nie miała ochoty nabywać nowego, a wyglądało na to, że musi to zrobić. Wnet jednak przestał się stawiać, bo ujęła się za nią starsza zadbana Walonka z Brukseli — krewka matrona, która natychmiast skoczyła mu do gardła. Przez dłuższą chwilę wieszała na nim psy. Takie nieprzyjemne sceny nie powinny były mieć miejsca w międzynarodowym składzie. Przecież nie wszyscy pasażerowie znali obowiązujące na francuskich stacjach obyczaje.

Po jakimś czasie się odczepił, widząc, że nic nie wskóra i Genesis mogła w spokoju zająć się lekturą. Zaczęła czytać zabraną ze sobą "Dżumę" Alberta Camusa. Wreszcie poczuła, że jest głodna i wybrała się do bistra pokładowego. Same kalorie i tłuszcz, i skleroza, i goodbye! Ale się nie przejmowała. Jej sąsiadka do niej się przykleiła, widocznie nudziło się jej w podróży, więc musiała wsłuchać się w długą jak spaghetti historię jej rodziny. Grzecznie przytakiwała, godząc się z tym, że jej zięć z Namur niepotrzebnie nabył trzeci sklep, a wnuk wybrał niewłaściwy kierunek studiów. Powinien był pójść na medycynę, a zdecydował się na farmację. Zresztą starsza pani wysiadała w Brukseli, więc wkrótce pozostała sam na sam ze swoimi myślami.

Pociąg mknął w stronę Kolonii. Zatrzymał się w Liège. Oddalała się od Paryża, ale nie od swojej przeszłości. Ta powracała w późne wieczory i pewnie dlatego nie lubiła ich spędzać w samotności. W ramionach mężczyzn zapominała o tym, kim jest. Ooron milczał jak zaklęty.

— Boże, to już tyle lat! — westchnęła.

Ten niewielki komunikator miał się odezwać, gdyby ktoś się wreszcie po nią pojawił na tej odległej planecie. Pamiętała pierwsze chwile po awaryjnym lądowaniu. Krążownik Arvotarów ścigał ich aż do powierzchni Ziemi. Ich statek dymił, matka już nie żyła, a ojciec rozpaczliwie próbował ją uratować. "Uciekaj! — pouczał córkę. — Skryj się! Nie mogą cię znaleźć!"

Gnała w zupełnych ciemnościach, przewracając się i gubiąc się w obcym dla siebie terenie, wreszcie wpadła w gęsty las, a tam natrafiła na jakieś zwierzę. Wdarła się w jego ciało. Arvotarzy początkowo jej szukali, ale szybko pojawili się tutejsi. Rozpętała się wojna. Usiłowali wreszcie odlecieć, lecz ich statek runął i zapłonął. Przybyło trupów.

Ziemskie zwierzę ją uratowało. Później dowiedziała się, że to był wilk. Lupus lupus. Ci, którzy jej szukali, pochodzili z NASA. Nie umiała się od nich uwolnić. Deptali jej po piętach, mimo kolejnych wcieleń. Dopiero w Paryżu zgubili trop.

Do Köln dotarła późnym wieczorem. Tam przesiadła się na sunący z Hagi sypialny do Berlina. Miała nadzieję, że gdy się obudzi, przywita ją pogodny dzień.


W

olne? — facet, który to powiedział, był w jej typie, więc sama sobie nie wierząc uśmiechnęła się do niego, a nawet wykonała zachęcający gest. Poza tą starszą babką z Brukseli nikt właściwie w czasie podróży nie próbował otwierać do niej ust. Totalna nuda. Ten był seksy mimo swojego wieku. Laskom na samą myśl o takich mimowolnie rozkładały się nogi.

Odwzajemnił uśmiech, usiadł i rozpostarł poranną berlińską gazetę. Ekspres do Warszawy ruszył z Berlin Ostbf o 6. 42. Trochę się wyczekała, bo miała półtora godziny przerwy, ale dzięki temu mogła się odświeżyć. Przebrała się i wskoczyła w sportowe dżinsy i polar. Czuła, że do niej zagada, ale nie chciała na niego naciskać. Miała wrażenie, że facio dobrze zna angielski. W podróży i tak bardzo szybko nawiązywało się znajomości.

Skończył czytać, niespiesznie złożył gazetę i dyskretnie ziewnął kilka razy. Potem wstał i sięgnął po swój neseser.

— Nie będzie pani przeszkadzać, jeśli zjem coś na dzień dobry? Nie lubię jeździć na czczo...

Przytaknęła, ale nie była zachwycona. Wyjął kanapkę z zimnym kurczakiem i sałatą. Drań, nie rwał się do pogawędki i czy chciała czy nie musiała przejąć inicjatywę. Okazja nadarzyła się zadziwiająco szybko. Nie miał niczego do popicia i dostał czkawki.

— Musi pan podejść do restauracyjnego — skwapliwie podpowiedziała. — Najlepsza byłaby czarna kawa. A przy okazji może pan mnie zaprosić. Też bym się czegoś napiła, a nie lubię plątać się sama...

— Tak? — ucieszył się. — Miałem ochotę na to samo, ale nie wiedziałem, czy wypada mi się narzucać.

W pół godziny później, gdy wrócili, przypięli się razem do planu Warszawy. Byli już prawie za pan brat. Gawędzili po francusku. Łączył ich ten sam cel. Musieli się zorientować, jak sobie poradzić w dużym obcym mieście, w którym mieli się znaleźć po raz pierwszy w życiu.

— Niech pani na to popatrzy... — pokazywał palcem.

— "Popatrz na to..." — poprawiła go, świadoma tego, że w restauracyjnym przeszli na ty.

Nieznacznie skinął głową.

— Popatrz na to, Genesis. Z Dworca Centralnego jest do tego hotelu dosłownie kilka kroków. Zrobiłem dwie rezerwacje, więc mogę... ci jedną odstąpić.

— Dlaczego dwie? — zaciekawiła się. Przysunęła się do niego, nie spuszczając oczu z planu. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Bez żadnych oporów wsparła się na jego ramieniu.

Pod jego nosem zagościł półuśmiech.

— Zawsze robię dwie. Jak mi się jeden pokój nie spodoba, biorę drugi — pochwalił się przed dziewczyną.

— He, he, he, pomysłowe! — roześmiała się.

— To jest Pałac Kultury i Sztuki, czyli taka ich Wieża Eiffla — jechał palcem po planie stolicy. Też zaraz obok Dworca Centralnego. A to — Starówka. Gdzieś tu w pobliżu mieszkali przed wojną moi rodzice. Chyba przy Bernardyńskiej. Moja matka była nauczycielką polskiego w gimnazjum.

Manipulował przez chwilę planem, układając go na kolanach na nowo, a potem z nagła objął ją ciepło ramieniem, żeby lepiej widziała. Nie spodziewał się, że to zrobi.

— Nie posuwam się za daleko? — dla pewności wymruczał.

Udała, że tego nie usłyszała.

— Jest tam jakaś... wyższa uczelnia? — zapytała.

— Ha! — przejechał palcem w stronę Nowego Światu. — Uniwersytet Warszawski — odpowiedział.


4 lutego 2005 r.