T
HALYS, NachtZug, EuroCity — rzucił Robert, nie odrywający wzroku od monitora laptopa. — Kupa zbędnej roboty, a przecież nic się nie stało.
— Nigdy nie mów "hop", dopóki nie przeskoczysz! — odparła, mimochodem zerkając na zegarek. — Powinni wysiąść o 12. 30. O ile się nie spóźni.
Chwilę milczała, wyglądając przez okna kawiarenki przy Alejach Jerozolimskich. Była niewyspana i przygnębiona.
— Ale jajca — poderwał się rudzielec. — Zobacz! Artur przysłał fotki z pociągu. Nie chce się wierzyć, jakie gołąbki... Te są z restauracyjnego, a te...
Skwapliwie przysunęła sobie krzesło i wpatrzyła się w ekran.
— Mon Dieu, on ją obejmuje — wyrzekła, nie wierząc własnym oczom.
— Udało ci się — pochwalił partnerkę. — W roli swatki jesteś bezbłędna. Tylko nie pal się do tego, żeby tu odtańczyć taniec zwycięstwa. Nie możemy zwracać na siebie uwagi.
Oparła się i głęboko odetchnęła. Miała na sobie ciuchy à la Britney Spears z pępkiem na wierzchu.
— Co za jakość? Moją cyfrówką z supermarketu takich nie zrobię.
— To co? Odwołać tych twardzielów od mokrej roboty? — zapytał.
Pokręciła przecząco głową.
— Jeszcze nie. Muszą być zdolni do ostatniej chwili do ostrego cięcia. Gotowość bojowa. Dopóki ta dwójka nie wysiądzie.
— Dobra. Ale wpisuję tu godzinę 12. 30.
— Wpisz 13. 00 — poprosiła go. Była przewidująca i przezorna. — W tym kraju pociągi się spóźniają.
— Pójdzie w błoto następnych kilkaset tysięcy dolarów — próbował ją przestrzec przed kolejnym pochopnym krokiem. — W dwa dni wydaliśmy tyle, ile wynosi kwartalny budżet sekcji. Wpisałem 13. 30 — oznajmił, idąc jej na rękę. Oderwał dłonie od klawiatury. — Czy zgłosiłaś, że potrzebujemy szmalu? Księgowy nas wykończy.
Przytaknęła.
— Powiadomiłam Hybrydę — przyznała się, ale bez entuzjazmu.
— Jaka suma wchodzi w grę? — usiłował ją delikatnie wysondować.
— Eee... dwadzieścia razy większa niż sugerowałeś — rzekła opieszale.
— Jezuuu! — złapał się za głowę. — Nie kpisz? Serio? — zrobił wielkie oczy. — Powiedzą, że mamy nierówno pod dachem. Wezmą nas za debilów do entej potęgi... — był wstrząśnięty takim ryzykiem. — Zmiotą nas z powierzchni ziemi, jeśli coś nam nie wypali.
Była uparta i znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że się nie cofnie. Szła jak kamikadze. I pewnie dlatego do tej roboty brali takie przebojowe młode babki. Faceci się asekurowali, tchórzliwie chowając się za przepisy.
— Genesis MUSI być naszą łączniczką — wybąkała, pewna swych racji. — Tamci trzej sprzątnięci Namayowie do tego się nie nadawali. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak dalece ona jest już Ziemianką — wykładała swoje karty na stół. — Znalazła się na tej planecie, kiedy miała cztery lata i tu spędziła dzieciństwo i młodość. Stanie po naszej stronie.
— Sadzisz, ze Delorme ją przekona? — nie do końca był przeświadczony o skuteczności takiej strategii.
— Dokładnie. Ale najpierw muszą ze sobą pobyć dzień lub dwa... — cichutko westchnęła i przez krótką chwilę Robertowi się wydawało, ze Betty najchętniej zajęłaby miejsce tamtej laski u boku komisarza. No, ale skoro uważała, że facet jest seksy... — Myślę, że kiedy ujrzy statek kosmiczny, którym przed laty tu przyleciała, wyzbędzie się resztek oporu. Weźmiemy ją do Arizony i pokażemy, na czym stoimy — snuła śmiałe plany.
Chyba ją rozumiał. Poszła na całego. Uczestniczył w akcji jej życia.
— Egzotyczny kraj — zmienił nagle temat. Do kawiarenki zajrzał jakiś żebrak i kelnerka go wyprosiła. — Bieda tu chyba dużo większa niż w Grecji.
Spojrzała na niego jakoś dziwnie. Potem zerknęła na zegarek.
— Pilnujesz mnie, żebym nie zasnęła?
— A cóż mamy teraz do roboty? — oparł się wygodnie i rozkosznie ziewnął, przeciągając się i szeroko rozkładając ramiona. — Możemy tylko czekać... i rozmawiać. Chyba wiem, dlaczego tu jest taka nędza. Połowa Polaków pod kreską. Bezrobotni bez zasiłków...
Wzruszyła ramionami. Akurat na tym polu czuła się pewnie.
— Stereotypy polityczne — przedstawiła swój punkt widzenia. — Polacy głosują według klucza światopoglądowego. Katolicy na swoich, a czerwoni na swoich. I rozliczają ich nie z rezultatów ekonomicznych, ale ze stopnia wierności afirmowanym ideom. Żarliwie oddana partii i jej lewicowym hasłom polityczna szycha będzie zawsze tu mile widzianym kandydatem. I to bez względu na to, ile odprowadzi do własnej kieszeni... Bo i tak ci szaraczkowi pozostaną głęboko przekonani, że ujawniane przez komisje śledcze szwindle były robione z myślą o bliżej nieokreślonym dobru ich prawdziwej matki, Rosji.
Pokręcił przecząco głową.
— To nie o to chodzi. Widzę błędy innego rodzaju. Czysta matematyka.
— Jakie? — zainteresowała się.
— W ciągu piętnastu lat ośmiokrotny spadek siły nabywczej złotego w stosunku do walut zachodnich. Ta tendencja uległa ostatnio zahamowaniu w stosunku do dolara, ale nie do euro. Rezygnacja z podstawowej wartości życia społeczno-ekonomicznego, jaką jest uczciwa indeksacja zarobków. Idiotyczne podatki...
— Aha, lecisz za Instytutem Adama Smitha. Do któregoś tam czerwca czy lipca Polacy pracują na utrzymanie państwa. Potem dla siebie...
Zbliżała się kelnerka w białym fartuszku i natychmiast przeszli na polski. Byli kameleonami.
— Jak obleję ten ostatni egzamin — rozpaczliwie jęknął Robert — to się powieszę. Nie znoszę Warszawy we wrześniu, do kurwy nędzy.
— Poradzisz sobie — pocieszyła go dziewczyna. — W zimowej poszło ci całkiem nieźle.
— Coś państwu podać?
— Kawa była niezła. Gdyby pani była tak miła i przyniosła nam jeszcze raz po jednej. Też z ekspresu. A poza tym... po tym pączku z budyniem. Widziałem tam w barze.
— A może po drinku? — życzliwie podpowiedziała.
Skrzywił się.
— To nie na naszą kieszeń — wyznał z zabójczą szczerością. — Zresztą, mamy w akademiku dużo tańsze. Chociaż ostatnio kolega podniósł cenę, bo cukier zdrożał...
— Też mi zabawne, zachowuj się! — fuknęła na niego dziewczyna.
Z
międzynarodowego składu powoli wysypywali się podróżni. Oczekujący wyłuskiwali wzrokiem swoich krewnych i znajomych. Kilka osób wylewnie się witało. Bębniły przez głośniki zapowiedzi przyjazdów i odjazdów.
— Ufff! Koniec podróży — oznajmiła podekscytowana Francuzka. Z wdziękiem wyślizgnęła się z wagonu. — Osiemnaście godzin w drodze. To wystarczy.
Delorme wynurzył się za nią jak cień. Zatrzymał się na błyszczącej posadzce peronu, z roztargnieniem rozglądając się wokół siebie. Minęło ich dwóch hałaśliwie rozprawiających Niemców. Młody roześmiany Szwajcar z przystrzyżoną na jeżyka fryzurką, który przyczepił się na krótko do Genesis tuż za Poznaniem, pomachał jej ręką na pożegnanie.
— Po tych schodach do góry! — Jean zarządził jak wytrawny przewodnik, przejmując inicjatywę. A potem z troską zapytał: — Ponieść twój bagaż?
— Coś ty? Moja torba nie jest ciężka — nie zgodziła się. W sportowych ciuchach przy rosłym komisarzu wyglądała jak jego córka.
Korytarzami dotarli do wysokiego holu z kasami, a następnie wydostali się z budynku dworca. Słońce raziło oczy, a temperatura powietrza sięgała 20 stopni Celsjusza.
— City niczego sobie — mimochodem zauważył. — I ciepły dzień. Będę musiał zdjąć tę tweedową marynarkę. Tamtędy! — pokazał drogę, pilotując dziewczynę. — O, widać ten hotel. Mogliśmy przejść dołem, nie wychodząc na powierzchnię. Witają nas Aleje Jerozolimskie.
— Tamten? — zatrzymała się, zadzierając głowę. — Co ty? Chyba jest potwornie drogi — jęknęła, oglądając się na niego. — Nie stać mnie na taki luksus... — wyznała z niepokojem.
Nie spodziewał się takiego uniku. W jednej chwili zawisł nad przepaścią bez dna. Przypomniał sobie, jak to przed laty w austriackich Alpach toczyła się wprost na niego groźna lawina.
— Genesis, nie żartuj sobie, dobrze? Chcesz mnie puścić kantem w takim ogromnym mieście? — próbował obrócić wszystko w żart. — Kevin sam w Warszawie?
Poprawiła włosy i niepewnie pociągnęła nosem. Ta metropolia dziwnie ją przytłaczała i obezwładniała. Wszystko tu było obce.
— Zostałabym bez szmalu.
Nie wahał się ani chwili. Rankiem w Berlinie mile go zaskoczył przypadkowy bankomat, do którego się przypiął, by wyjąć coś na drogę. Znikł debet, a na jego rachunku wyrosła ślicznie zaokrąglona sumka. Ponad piętnaście tysięcy euro. Nie wierzył własnym oczom. Cacy!
— Nie ma sprawy, zafunduję ci hotel — zaofiarował swoją pomoc. — To tylko dwie, trzy doby, żeby się zaczepić — rozpaczliwie dorzucił. — Noszę się z zamiarem poszukania czegoś skromniejszego. Też nie chcę tu być sam.
Nie wiedziała, że dla niej był gotowy spędzić noc nawet pod mostem. Z rezygnacją wzruszyła ramionami i sięgnęła po torbę, postawioną na chodniku.
— To chodźmy! — odrzekła z nutą melancholii, wyzbywając się przy tym resztek oporu. — Ale pod warunkiem, że zażądasz najtańszych... — z naciskiem dodała, z trudnym do ukrycia oddaniem zaglądając mu w oczy. — Nic dla VIP-ów...
P
ochylił się nad agentką, delikatnie klepiąc ją po policzku.
— Obudź się, pajacyku! — ciepło ją zachęcał. — No, już! Wstawaj śpiochu! Rusz się!
Zamruczała coś niewyraźnie i za nic mając jego cierpliwe zabiegi przewróciła się na drugi bok. Nie pozostawiła mu więc wyboru. Jego dłoń sprytnie wsunęła się pod kraciasty studencki koc i pieszczotliwie prześlizgnęła się po odsłoniętym gładkim brzuchu. Usiłował wymacać kolczyk, zdobiący jej pępek. To poskutkowało.
Wrzasnęła i poderwała się z poduszki. Dla większego bezpieczeństwa odskoczył.
— Nigdy nie rób tego więcej! — groźnie go ostrzegła, przecierając zaspane oczy. A potem jej wzrok powędrował w stronę okna akademika. — Co? Już prawie ciemno? — rzuciła z przerażeniem. — Miałeś mnie, podły draniu, budzić co godzinę — jęknęła w stanie bezgranicznej rozpaczy. — Wiesz, co uczyniłeś?
Przysiadł przy swoim laptopie.
— Nie działo się nic ciekawego. Nudy na pudy — odpowiedział. — A poza tym próbowałem cię postawić na nogi już ze dwa razy.
Łgał jak najęty. Chciał, żeby wypoczęła
— Próbowałeś? A która godzina? — zapytała, szukając swojego zegarka na rękę.
— Minęła dwudziesta.
— I czym się oni teraz zajmują? — gramoliła się ze studenckiego łóżka. Rozkosznie ziewała.
— Są na kolacji. Przy świecach. Wybrali z karty to, co najdroższe, więc kelnerzy gną się w pas. I jak wytrawni koneserzy raczą się najlepszym winem.
— Mon Dieu, przespałam... sześć godzin. W głowie się nie mieści...
— Idź się ogarnąć, wskocz sobie pod prysznic, a potem powiem ci, czym wypełnili czas.
Posłuchała go i poczłapała do łazienki. Wróciła po dziesięciu minutach w płaszczu kąpielowym i z okręconymi ręcznikiem włosami. Wyciągnęła z plecaka suszarkę.
— Mów! — zarządziła.
Suszarka pracowała cicho, więc mógł bez przeszkód opowiadać.
— Spałaś już, gdy wybrali się na Starówkę. Artur kręcił się koło nich. Był tak bezczelny, że poprosił Delorme'a, żeby pstryknął mu z nią zdjęcie na tle jednej z kamienic. Pamiętała go z pociągu, a poza tym widzieli się już w hotelu. Zajmuje pokój na tym samym piętrze.
— Fatalnie, ona zacznie coś podejrzewać... — wyraziła swe obawy.
— Też o tym pomyślałem, ale z drugiej strony patrząc Artur nigdy dotąd nie wpadł. Jest tak przekonujący i tak naturalny, że nikomu przez myśl nawet nie przejdzie, iż...
— W porządku, co dalej?
— No więc nasza przyszywana pokojówka przejrzała jej rzeczy. I znalazła coś, co skojarzyło się jej z Arizoną. Przeskanowała ten bibelot, nasi to obwąchali i zawyrokowali, że Genesis jest w posiadaniu namayskiego komunikatora.
— Niesamowite!
— Ten egzemplarz pochodzi ze statku, którym przed laty przyleciała. Ma jego oznaczenia. Nasi założyli już podsłuch, ale z rejestru wynika, że nigdy na Ziemi nie był używany.
— Po co więc go trzyma? To jakaś pamiątka? Jakby talizman? — zapytała, ale nie uzyskała odpowiedzi.
— Delorme dużo jej opowiadał o swoich rodzicach — ciągnął Robert — a Artur to dyskretnie nagrywał. Potem wrócili do hotelu. Komisarz poszedł się zdrzemnąć, a ona wybrała się na małe zakupy. Kupiła sobie czarną koronkową haleczkę i majteczki. I kilka innych babskich drobiazgów. Jakieś kosmetyki.
— Możesz mi to pokazać?
— Co?!
— Tę haleczkę.
W katalogu sklepowym znalazł numer produktu.
— Nie zapisywałem tego u siebie, bo nie sądziłem, że to będzie ważne.
— Bo nie jest ważne.
Wyłączyła suszarkę i przez dobrą chwilę przyglądała się fotce produktu.
— Prawie taką samą miała w mieszkaniu w komodzie — oznajmiła. — Właściwie kilka niemal identycznych. Kiedy przyjmowała w Paryżu klientów, wkładała coś takiego na siebie. Dobrze jest jej w czarnej bieliźnie.
— Mówisz serio? To znaczy, że co?.. — domyślnie spojrzał na Betty. — Że coś się szykuje?.. — Z mety zasznurowała usta i z powrotem włączyła suszarkę, więc ciągnął dalej. — Kiedy się kąpałaś, dosłownie przed chwilą, dowiedziałem się o tym czujniku. Przez komórkę. Wyobraź sobie, że Walter ma już coś takiego. Za żywe próbki podziękował, ale ich nie wykorzystał. Oddał je do laboratorium. Zdradził, że oparł się na zasobach arvotarskich. Mieli na pokładach taki wykrywacz, ale rzadko kiedy go używali. W kosmosie mało przydatny. Poza tym o niewielkim zasięgu. Około 400 kilometrów. Przełożył to na język naszej technologii i powstał maleńki moduł, w który można wyposażyć samoloty, wykonujące loty szpiegowskie. Wystarczy wcisnąć płytkę do standardowego zaczepu. I pyta, gdzie to ma podrzucić.
Jej oczy zabłysły.
— Nareszcie — odetchnęła z prawdziwą ulgą. — Ubędzie nam... eee... połowa roboty. Szczerze mówiąc liczyłam raczej na satelitę. — Chwileczkę się zastanawiała. — Ma się rozumieć, kupujemy to. W ten sposób będziemy zawsze wiedzieć, gdzie jest, nawet gdyby nam w kółko zwiewała i wiele razy pod rząd zmieniała toż... — raptem zamilkła w pół słowa. — Do diabła! — warknęła, uderzona nagłym skojarzeniem. — Z zasobów arvotarskich? — zakwiliła.
Nie mogła ukryć przed rudzielcem zażenowania.
— I tu jest pies pogrzebany — powiedział z naciskiem, wiedząc, o co jej chodzi. — Mogliśmy wpaść na ten pomysł już dwa lata temu. Wcale nie jesteśmy takimi geniuszami, za jakich nas biorą.
— Nie zwalaj na nas — twardo się broniła. — Ktoś to zawalił dobrych parę lat temu. Na długo przed nami.
Wypuścił z ulgą powietrze.
— To tylko zasługa Waltera, że się do tego dogrzebał — rzucił pojednawczo. — Czysty przypadek. Na pokładach arvotarskiego krążownika jest przecież nieskończenie wiele takich elementów. I chyba nikt w pojedynkę nie ogarnia całości — wyjaśnił. — A poza tym wcale się nie dziwię, że olewali ten trend. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Przecież Arvotarzy nie mogą plątać się po Ziemi. Ten nadmiar tlenu w powietrzu rozwaliłby im płuca. A ci nieliczni Namayowie nie są aż tak groźni, żeby z ich powodu za każdym razem wpadać w panikę. Dobrze wiemy, że liczy się to, co dzieje się w kosmosie, a nie tu.
— To prawda — rzekła po zastanowieniu. — Nie ma co rozdzierać szat. Kiedy mogą to zainstalować?
— Jeśli zależy ci na tempie, to jeszcze tej nocy.
— Klawo, dzwoń do niego. Niech to zrobią. Nie mówił nic o szmalu? — zapytała podejrzliwie.
— Co ty? On? Przecież dotąd byliśmy wypłacalni.
— Zatem już nie będzie mogła nam się wymknąć. Kamień spadł mi z serca. Jutro przekonamy Delorme'a, żeby z nią pogadał. Powie jej, co i jak. — Uchyliła okno i wsłuchała się w dobiegające z dołu akademika przytłumione dźwięki. — Co to za muzyczka? Dyskoteka?
Bezmyślnie kiwnął głową.
— Przypuszczam, że tak — odrzekł, nie odrywając wzroku od schematu komunikatora.
— To w takim razie pójdę się pokręcić. Muszę się jakoś odreagować — rzekła z werwą, dzieląc się z nim niespodziewanym postanowieniem.
— Sama?! — zrobił wielkie oczy.
— Sama — potwierdziła zadziornie.
— Nie wolno ci — postawił się. — To brawura. Skrócą cię o głowę. W czasie akcji — i to w dodatku w obcym kraju — pod żadnym pozorem nie możemy się rozdzielać.
— Pieprzę to! — nienawistnie syknęła. Wpadała w trans.
— Baby, opanuj się, musimy ich monitorować — usiłował być dorosły. — Zrezygnujesz z takiej atrakcji? Przecież w tym hotelu zapowiada się ekstra noc poślubna...
— Guzik mnie to obchodzi — odrzekła z samozaparciem. — I nie mów do mnie "baby".
Pomyślał, że jej katolickie wychowanie robi swoje.
— No, dobra — postanowił ustąpić. — Widzisz ten kolorowy plakat na drzwiach? Jeśli ze swojego łóżka trafisz sztyletem tamtego przystojniaka między oczy, pozwolę ci zejść na dół.
Chwilę ważyła podany jej nóż w dłoni. Potem lekko się uniosła i cisnęła. Stwarzała wrażenie pasywnej, ale w pewnych sytuacjach zamieniała się w jaguara.
— I co? — nonszalancko zapytała.
Podszedł tam i wyrwał sztylet.
— Perfekcyjnie! — rzekł z podziwem. — Jak ty to robisz?
Obojętnie wzruszyła ramionami. Zrzuciła właśnie płaszcz kąpielowy i wciągała za jego plecami spodnie.
— Po prostu... — tańczyła na jednej nodze — regularnie... chodzę... na... treningi... A ty... nie?
Posmutniał.
— Mogę się już odwrócić? — zapytał. Kończyła zakładać biustonosz. — Ostatnio jakoś się zaniedbywałem...