J
ego twarz zdradzała wyraźne podniecenie. Ukrył komórkę w kieszeni i z ukontentowaniem zatarł ręce.
— Zatelefonowała? — Robert niedbale opierał się o metalową balustradę. Miał na sobie miarową granatową kurtkę z firmowym nadrukiem. Nie był w stanie swym wątłym ciałem zasłonić kształtów spoczywającego tu gigantycznego arvotarskiego krążownika. Z wysokości antresoli krzątający się po wykutym w skale olbrzymim hangarze inżynierowie i technicy przypominali mrówki. — To świetnie. Nie musimy główkować nad tym, jak uwiarygodnić twoją obecność na Majorce — kiedy to mówił, oczy miał szczere i odrobinę rozbawione.
Delorme odkaszlnął w dłoń.
— Nie wyrzuciła mojej prywatnej wizytówki — usiłował wstydliwie usprawiedliwić Genesis.
Czuł ulgę. Nie spodziewał się, że kosmitka wróci. Od dwóch dni monitorowano jej wyczyny na Balearach. Pojawiła się w towarzystwie trzech Namayów, którzy po wylądowaniu wcielili się w młodych Hiszpanów. Dopadli zabawiających się na leśnej polanie turystów. Czwarty pozostał w NA-13, umykając gdzieś w przestrzeń kosmiczną.
— To poszukajmy Betty — rzekł rudzielec. — Zobaczymy, co nam powie.
Komisarz zatrzymał go na chwilę.
— Wiesz, co? — poprosił. — Jeżeli szykują się jakieś niespodzianki, wolałbym o nich usłyszeć od ciebie, nie od niej — wyznał ze smutnym grymasem na ustach. — Ona mnie onieśmiela.
Tamten wyprostował się i nienaturalnie odrzucił do tyłu ramiona.
— Serio? Wydaje mi się przystępna. I seksy — nie zgodził się z paryskim gliną. — Właściwie, to nie jestem uprawniony, ale co mi tam... — nieoczekiwanie ustąpił. — Sprawy mają się tak... — zaczął objaśniać. — Ci chłopacy buńczucznie wymyślili, że przejmą we trójkę władzę nad Ziemią. Zupełny absurd — na moment pogrążył się w zadumie. — Sądzą, że drogą kolejnych wcieleń i zmian tożsamości dotrą do tego, kto włada tą planetą. Dlatego jesteś im potrzebny — ożywił się, kątem oka śledząc przechodzącą Murzynkę z centrum nasłuchu. — Chcą zacząć od ciebie. To był pewnie główny powód tego, że się nagle odezwała.
— Ach, tak? — komisarz nie tego się spodziewał. Agent zadał mu cios poniżej pasa. Liczył jak sztubak na to, że słodka Genesis odwzajemni jego uczucia. Z ponurą miną obejrzał czubki swoich butów.
— A poza tym kończy im się szmal — Robert nadal bezlitośnie pozbawiał go złudzeń. — Mają nadzieję, że dorwą się do twojego konta. — Zajrzał mu w oczy i zaraz dorzucił: — Tyle wynika z ich niektórych rozmów. Ale trzeba wziąć poprawkę na ich grę. Lawirują, przywdziewają maski i nie są szczerzy. Nie ufają sobie nawzajem. To przecież istoty, pozostające od dawna w stanie totalnego zagrożenia. Zatem zdegenerowane. Jakie więc są prawdziwe intencje tej laski — zakończył — wywnioskujesz dopiero na wyspie, kiedy ją zobaczysz.
Ruszyli szukać agentki, ale komisarz znowu złapał rudzielca za rękaw.
— A jak z tą mikrobiologiczną osłoną, zabezpieczającą organizm przed ich atakiem?
Robert skrzywił się przezabawnie.
— Po tych trzech seriach szczepień, które przeszedłeś, nie powinna zawieść. Nie ma powodu do obaw — klepnął go w ramię jak starego kumpla, nie chcąc, żeby bez końca dreptali w miejscu.
Komisarz nadal zwlekał. Nurtowały go jakieś wątpliwości.
— A czy ona?.. Z nimi?.. — wstydliwie wybąkał, przełamując ostatnie opory. W gruncie rzeczy tylko to go niepokoiło.
Spłoszony tym pytaniem rudzielec uciekł spojrzeniem gdzieś w bok.
— Z materiału filmowego wynika, że nie — wyklarował. — Niemniej jednego wyróżnia. To See. Wczoraj trzymali się razem za ręce, idąc na plażę.
M
ajorka była istnym rajem i żałowała, że wcześniej nie odkryła tej śródziemnomorskiej wyspy — o klifowym wykończeniu na północy i uroczych gajach oliwkowych, pomarańczowych i migdałowych na terenach nizinnych. Majestatyczne góry, stare klasztory i ustronne wioski wabiły chętnych wrażeń. Natomiast na południu — na wschód od Palmy — szerokim ośmiokilometrowym łukiem ciągnęła się pokryta drobnym piaskiem plaża, ponad którą wznosiły się mnogie hotele. Zaczynał się sezon i roiło się od turystów, dla których ten uroczy zakątek globu był smakowitą przynętą. Kawiarnie, restauracje i bary tętniły tu życiem przez całą dobę. Mieniła się w słońcu błękitna woda.
Mimo niezliczonych atrakcji, a w tym rozkoszy kąpania się w ciepłym morzu, nie udzielało się jej urlopowe szaleństwo, zaś na jej twarzy malowały się przygnębienie i udręka. Kamraci, którzy z pozoru wspaniałomyślnie zabrali ją z Ziemi, bezlitośnie odarli ją ze złudzeń. Śmiałkowie, którzy odważyli się z nią tu następnie wylądować, niefortunnie wcielili się w prymitywnych hiszpańskich chłopaków — pierwszych Ziemian, na jakich się natknęli. Pochopnie wybrali ofiary, deformując sobie świadomość. Efekty było widać już od pierwszego dnia. Od rana do wieczora zajmowali się wlewaniem w siebie drinków i rozglądaniem się za tanimi panienkami. Lekceważyli rudymentarne zasady ostrożności i ostentacyjnie rozmawiali ze sobą po namaysku, ignorując bezpieczny hiszpański. To musiało fatalnie się skończyć.
Zadumała się nad poznanym w pociągu Francuzem. Czasami przeznaczenie niby to przypadkiem stawiało jej na drodze osoby, których nie mogła wymazać z pamięci. Jean skwapliwie obiecał, że przyleci, ale nie była przekonana, że tym samym uwolni się od kłopotów. Czy był jej przyjacielem? Krótki pobyt poza Ziemią uzmysłowił jej, jak tragiczny jest jej los. Żałowała, że tak lekkomyślnie porzuciła go w Warszawie, licząc na swoich jak na zbawienie. Pluła sobie w brodę. Okrutni Arvatarzy nieśpiesznie pacyfikowali resztki namayskiej flotylli. Rozgniatali ich jak pluskwy, popisując się wyrafinowaniem i sadyzmem. Założyli bazę na Plutonie i stamtąd regularnie wyprawiali się w stronę pasma planetoid. Było oczywiste, że mają zamiar aż do ostatniego wytłuc wszystkich Namayów, którzy schronili się w tym układzie solarnym. Ci, z którymi się spotykała, uwięzieni na nie posiadających uzbrojenia patrolowcach, usiłowali o tym nie myśleć. Mamili samych siebie. Wegetowali bez nadziei, udając przed sobą wzajem, że nie są im straszni myśliwi o szkaradnych owadzich twarzach, przed którymi nie umieli się bronić. Spodziewana cudowna kontrofensywa, o której przed wielu laty z przejęciem szeptał jej ojciec, okazała się naiwną opowiastką dla grzecznych namayskich malców. Nic nie mogło uratować jej gatunku. Ten był osądzony, pogrzebany i przeklęty.
Doszła do wniosku, ze powinna zajrzeć do kilku sklepów i wybrać się do fryzjera. Marzyła, żeby wyjść z tego cało. See był trochę inny i skrycie liczyła na niego. Gdybyż mógł stać się taki jak Jean! Wykoncypowała, że jest skazana na improwizację i że musi zdać się na intuicję. Ta zaś jej podpowiadała, że nie powinna podejmować żadnej wiążącej decyzji, dopóki nie zobaczy się z miłym rosłym Francuzem. Jednak spodziewała się najgorszego.
M
iał na sobie półkoszulek, luźne bermudy i jakiś śmieszny kapelusik na głowie, a kiedy go ujrzała, jakoś dziwnie zabiło jej serce. Przyleciał na Baleary, choć wątpiła w to, czy przyjmie jej zaproszenie. Jedna noc w warszawskim hotelu jeszcze nie wystarczała, żeby facet musiał się czuć zobowiązany wobec przypadkowo poznanej laski.
— Hej! — przywitał ją, na polską modłę całując ją w rękę. Czekała dokładnie tam, gdzie chciał, siedząc przy stoliku pod parasolem przed wskazanym przez telefon bistrem.
— Siemanko! — ucieszyła się. Wizyta u fryzjera zrobiła swoje i prezentowała się okazalej niż tamta młoda Francuzka, jadąca przed dwoma tygodniami pociągiem z Berlina do Warszawy.
Usiadł i od razu zerknął na zegarek.
— Nie mamy czasu, bo jutro pojawią się tu jacyś agenci wywiadu i będzie za dużo oczu — wyjawił. — A chciałbym z tobą pogadać.
— Nie interesuje cię, dlaczego rozstałam się z tobą bez pożegnania? — niewinnie zapytała, mając nadzieję, że uda się jej wcisnąć mu przygotowaną wcześniej legendę.
— Nie — odparł. — Są ważniejsze sprawy... Wyobraź sobie, że...
— A może postawisz mi drinka? — przerwała mu w pół zdania.
— To za chwilę — odparł. — Zatem wyobraź sobie, że kiedy w Warszawie nagle znikłaś, dobrali mi się do skóry ludzie z NASA.
Zadrżała. Owiał ją śmiertelny chłód.
— Z NASA? — niepewnie zapytała.
— Monitorują cię od lat — w tym miejscu musiał skłamać, ale wiedział, że wywoła to właściwy skutek. — Powiedzieli mi, kim jesteś i poprosili mnie, żebym przedłożył ci ich propozycję. Pochodzisz z Syriusza...
Podniosła się sztywno od stolika, rezygnując z drinka. Pobiegła myślami w stronę trójki kompanów.
— Muszę już iść — rzekła przepraszająco. — Może pogadamy jutro...
Nawet nie drgnął.
— Siadaj! — powiedział. — Nie uciekniesz z Ziemi. Tamci trzej śmiesznie udający Kastylijczyków Namayowie już ci nie pomogą.
Nie zapytała, dlaczego, po prostu zrobiła wielkie oczy.
— Zostali zlikwidowani, kiedy tu wchodziłem — wyjawił jej brutalną prawdę.
Niemrawo się uśmiechnęła i przysiadła z powrotem. Nie okazała irytacji.
— Ależ masz wyobraźnię? — próbowała się bronić. — Kto ci naopowiadał takich bzdur? — rzekła, niby to usiłując go wysondować.
Wyjął maleńki magnetofon.
— Posłuchaj tego nagrania, a potem powiem ci, co dalej.
Ci trzej dzielili się uwagami po namaysku, wiedział jednak, o czym perorują. Z tego, co ustalali, niedwuznacznie wynikało, że kolaborują z Arvotarami. A po wykonaniu zleconego im zadania mają zamiar zlikwidować piękną Genesis. Tej przypadała rola bezwolnego instrumentu w ich podłych rękach. I to na krótko.
— Przekonuje cię ta pogawędka? — w pewnej chwili zapytał, chcąc nabrać większej pewności.
Nie miała wątpliwości, co jest tematem rozmowy, bo coraz bardziej bladła. Rozejrzała się dokoła. Przy sąsiednich stolikach nie było nikogo, a taras z parasolami ocieniał równo przycięty gęsty żywopłot. Przysunęła się z krzesłem do niego i pieszczotliwie wsparła mu rękę na ramieniu. Poczuł w tym miejscu dziwne mrowienie.
— To jakieś brednie, kochany — niby to ciepło rzekła, zaglądając mu wiernie w oczy. Powadziła perfidną grę. Chciała być jak najbliżej. W następnej sekundzie ze zwierzęcym charkotem dopadła jego szyi, usiłując rozorać mu zębami skórę.
Stary doświadczony glina był przygotowany na ten krok.
— Opanuj się! — rozpaczliwie krzyknął, zrywając się i z rozmachem dając jej w pysk.
Upadła na beton tarasu, przewracając krzesło. Momentalnie się poderwała. Jej gładka twarz traciła ludzkie rysy, nabierając nienawistnego wyrazu. Nie zamierzała rezygnować. Szło o jej życie. Sprężyście się odbiła i z gibkością pantery wściekle skoczyła mu do gardła, zwalając go z nóg.
Z
naburmuszoną miną spoczywał przygarbiony na służbowym krześle, rękę unosząc na temblaku. Nie chciał z nikim rozmawiać.
— Odwaliłeś kawał dobrej roboty — jak mogła pocieszała go Betty. — To była improwizacja, ale całkiem skuteczna. Rewelacyjna. Nasi byli zdumieni, że tak to fachowo rozegrałeś.
Skrzywił się z niesmakiem.
— Gadanie — mruknął rozżalony. — Dokumentnie spaprałem sprawę. Miało być całkiem inaczej.
Podała mu filiżankę kawy.
— Proszę! — rzekła.
Nie ruszył się z miejsca, karcąc ją gniewnym spojrzeniem. Pokazał jej wzrokiem temblak.
— Wsyp dwie łyżeczki cukru — żachnął się. — I zamieszaj. I po licho ten spodek...
Na jej twarz wypełzł rumieniec.
— Pardon — usprawiedliwiła się w te pędy. — Nigdy nie miałam zadatków na pielęgniarkę.
W chwilę później Robert zajrzał do jej boksu.
— Idzie Hybryda — szepnął konspiracyjnie. — Baczność!
Agentce nagle urosły skrzydła i z tego wszystkiego komisarzowi udzieliło się podniecenie. Z kawą w ręce podniósł się z krzesła.
Nadchodzący był tęgim łysym facetem o ogromnych odstających uszach. Garnitur miał od najlepszego krawca. Dostojnie wkroczył i z uwagą zlustrował Francuza.
— Dobra robota — niemal powtórzył słowa młodej agentki. — Jesteś przyjęty. Zaszeregowanie jak u tych dwojga — wskazał na czarnulkę i Roberta. — Miałem ci podać dłoń, ale... — uniósł ze zdumieniem brwi. — He, he, pierwsze rany na polu bitwy... Na szczęście lewa ręka — zauważył, a na jego surowej twarzy zarysował się ironiczny półuśmiech. Nawet kiedy dowcipkował, budził respekt.
— Kości są całe, to tylko potłuczenie — wymamrotał Delorme.
— W porządku. To oczekuję dalszego ciągu... — w jego oczach pojawiły się jakieś wesołe błyski. — Tamtej czarownicy już chyba zmiękła rura. Meldujcie mi, czy się uda.
Odszedł, zaaferowany ważniejszymi sprawami, które miał na głowie, a Betty wezwała kilku uzbrojonych agentów. Z naprędce uformowanym oddziałem zjechali windą na niższy poziom. W labiryncie podziemnych korytarzy dziewczyna poruszała się z wprawą, więc szybko dotarli do celu.
Wnęka była słabo oświetlona i dyżurowali przy niej dwaj pokaźni strażnicy. Mające po dwa cale grubości potężne pionowe i poziome pręty oddzielały poturbowaną Genesis od reszty cywilizowanego świata. Na jej szyi straszyła stalowa obroża, a na rękach — kajdanki. Te były łańcuchem przytwierdzone do uchwytu w ścianie.
— I jak się sprawuje? — przymilnie zapytała Betty.
— Je i pije, co jej podamy i znowu rozmawia z nami po angielsku. Wczoraj plotła tylko po namaysku.
Komisarz podszedł do kraty.
— Heja! — rzucił pojednawczo.
— Spadaj, palancie! — odszczeknęła, zezując na niego kątem oka.
— Mumia egipska!
— To, co? Otworzyć?
Betty spojrzała na komisarza.
— Chcesz wejść?
Tamten skinął głową.
— Wyciągamy cię stąd — zawołała do kosmitki. — Jesteś sto metrów pod ziemią i nigdzie nie uciekniesz. Nie zawładniesz żadnym ciałem, bo wszyscy są tu szczepieni.
Delorme niczym doświadczony treser wparował do klatki. Syknęła, podnosząc się z posadzki. Podbite limo jeszcze rzucało się w oczy. Kości zrosły się jej w kilka godzin, ale nadal utykała na jedną nogę. Utrudniało oddech gojące się żebro.
— Jezu, jak ty wyglądasz! Musiałaś się tak podłożyć?
Poprzedniego dnia spuścił jej na Majorce solidne manto. I to w tak piorunującym tempie, że asekurujący go "żołnierze" nie zdążyli oddać strzału. Potężną dawkę środka paraliżującego dostała dopiero wtedy, kiedy nie mogła się już ruszyć. Między stolikami wiła się z bólu.
Strażnik zdjął z niej kajdany i przez chwilę masowała zdrętwiale nadgarstki. Niepewnym wzrokiem obrzuciła wymierzony w nią paralizator.
— To co? Idziemy? — Betty nie pokwapiła się, by wsadzić nos do celi. — Pokażemy ci statek, którym z rodzicami przyleciałaś na Ziemię — mamiła ją słodkimi obietnicami. — Nasi go poskładali do kupy. Są na nim nawet twoje dziecięce zabawki. A potem ujrzysz z rozmachem urządzoną podziemną fabrykę i powstające w niej bojowe krążowniki. Przekonasz się, że naprawdę szykujemy się do wojny z Arvotarami.
C
iepłe palce ani na chwilę nie przerywały kojącego masażu. Była w negliżu. Z afektacją obejmowała udami mocno owłosione pośladki wyciągniętego na łóżku Jeana. Pod jej dłońmi czuł rozchodzące się po kręgosłupie i łopatkach niepokojące mrowienie. Momentami pochylała się nad nim niby w ekstazie i po namaysku skowycząc pieszczotliwie gryzła mu kark.
— Jeszcze! — kiedy to czyniła, pojękiwał z rozkoszą, przymykając powieki.
Krążyły jej po głowie niejasne wspomnienia z dzieciństwa. Osiągający dojrzałość Namay, chcący zdobyć samicę, nie udawał romantyka i nie starał się o jej względy, jak to było pokracznie na Ziemi, gdzie chorą sztukę uwodzenia doprowadzono do absurdu. Musiał ją sobie brutalnie podporządkować. Liczyła się prymitywna siła. Jeżeli złamał ją i rzucił sobie do stop, była mu wierna do końca życia.
— Kocham cię, ty wstrętny potworze! — całkiem po ludzku szepnęła mu za uchem.
Potem łakomie sięgnęła po pozostawione przy łóżku policyjne kajdanki. Uwielbiała, kiedy Jean ją nimi skuwał.